Właściciel masarni, zbliżał się do „sześćdziesiątki”, czyli wieku, kiedy zaczyna się myśleć o przekazaniu firmy następcom i zasłużonym odpoczynku. Miał syna i córkę, ale żadne z dzieci nie chciało kontynuować jego dzieła.
Znacznie bardziej praca w firmie interesowała brata właściciela. Był inżynierem, specjalistą od modernizacji zakładów przetwórczych. Zatrudniała go, co prawda, Politechnika Poznańska, ale w wolnych chwilach, chętnie bratu – właścicielowi masarni, pomagał.
Kiedy porównał swoją pensję pracownika naukowego z wynagrodzeniem, jakie za wszelkie niezbędne ulepszenia w zakładzie płacił mu brat, zdecydował się pracować w rodzinnej firmie. Znał jej specyfikę, a poza tym miał też zostać następcą właściciela.
Umówili się w ten sposób, że brat – właściciel masarni będzie sukcesywnie sprzedawał udziały w firmie bratu – inżynierowi. W ciągu dwóch lat unowocześnili zakład i wprowadzili nowe linie produkcyjne.
Kiedy już obaj bracia dokonali niezbędnych ulepszeń i masarnia znakomicie prosperowała, brat – inżynier zdążył co prawda nacieszyć się trochę życiem, podróżując z żoną po świecie, ale nie nacieszył się firmą. Zmarł po powrocie do kraju na szybko rozwijającego się czerniaka.
Właściciel masarni został więc bez następcy. Sprzedał więc swoją firmę konkurencji, gdzie został też zatrudniony jako członek rady nadzorczej. Dostawał więc i wynagrodzenie, i kolejne raty ustalonej ceny zakupu masarni.
W tej historii jest jedna osoba poszkodowana. To żona inżyniera, która dosłownie została z niczym. Jak można było temu zapobiec, dowiecie się, Państwo, z poniższego filmu.